Leniwa herbatka/ A Lazy Tea

Niedziela to dobry dzień na parzenie herbaty.

Pierwszy do „imbryczka”* zawędrował tajwański puszong Mao Zhong z http://www.puerh.pl.

Zachwycający miały listki kolor zarówno suche w rozmaitych odcieniach intensywnych zieleni.

Jak i po zaparzeniu wpadające w morskie szmaragdowości.

Napar gładki, złociusieńki rozbrzmiewał feerią wiosennych kwiatów.

Były w nim piwonie, jaśmin i bez.

Udało się z pięknych, regularnych listków wydobyć 9 aromatycznych naparów. Petarda nie herbata!

Drugą radością był wybitny oloong Cui Feng z http://www.eherbata.pl .

Zachwycające wiosenną zielenią ciasno zwinięte listki zachwycały oko.**

Po zaparzeniu ukazały się drobne gałązki.***

Napar bardziej wytrawny od puszonga. Trawiastość, kiwi , konwalie. Coś na smak doskonałego Rieslinga. Fantazja.

A kolor herbaty? Poezja! Oceńcie sami Drodzy Czytelnicy.

* właściwie to takiego dynksu z tłoczkiem, który upraszcza parzenie herbaty metodą gon fu cha.

** a nawet obydwa

*** niczego innego nie oczekiwałem

To była znakomita napitkowo niedziela ukoronowana odkryciem dzięki Dwójkowej audycji „Dawno niedawno” oszałamiającej sopranistki Giulii Semanzato w nagraniu z Kameralistami z Bazylei.

PS herbaty zakupione za własne . Wpis nie sponsorowany.

Wrony na śniegu

Byłem sobie w sobotę wyszedłem na krótką przechadzkę. Nim się jednak rozpędziłem natknąłem się na wracającego od strony śmietnika Sąsiada, który miał dziwnie załatwione* oczy . Kiedy się mu odkłaniałem przy trzepaku zauważyłem dwójkę wybitnie markotnych dzieciaków. Po chwili spaceru dobiegł mnie szloch dwóch pań wyprowadzających na spacer swoje psiaki. Następnie wyminąłem grupkę ludzi, której przewodził starszy mężczyzna, w nieskrywanym rozżaleniu perorujący, że kiedyś tak nie było, że skandal, hańba i że to temat dla gazet i telewizji i …. dalej już nie slyszałem. Kolejne akty smutku i rozpaczy dobiegały z otwartych okien i balkonów. Nad Wisłą nie było lepiej. Żale i rozpacz wylewały się z kolejnych mijanych spacerowiczów a nawet pojedynczych, zazwyczaj milczących wędkarzy. Nie wytrzymałem nerwowo na okoliczność tajemniczej epidemii slpinu, która owinęła się wokół warsiaskich rodaków niczym wąż boa w gałązkach faszyny i kłusem ruszyłem z powrotem do domu. Przed blokiem ponownie napatoczył się Sąsiad, który tym razem wracał ze sklepu z półlitrem. Zapytałem więc – Sąsiedzie! Umarł ktoś, że taki powszechny lament wydziera się z każdego Obywatela i każdej Obywatelki???? – Sąsiedzie – odparł Sąsiad – nie ma teraz takiego ani takiej co by wspólnie wszystkich w żalu pogrążyć. Dziś ostatni dzień ZIMY! – Pogrążyliśmy się w niewesołych deliberacjach o tym, że już nie będzie wieloodcieniowych szarug, szadzi, mrozu , śniegu, śryżu, kry a krakanie wron nie będzie już takie posępne . Pożegnaliśmy się ze smętkiem** po czym Sąsiad poszedł zrobić 500 gram*** a ja zaparzyć pół szklanki herbaty.

http://www.mikolajmalesza.pl

Na tę okoliczność zrobiłem kipisz w szadce z czajem gdzie natknąłem się na blaszane puzderko, które dostałem na cieszyńskim Święcie Herbaty w 2019 roku od http://www.globalteahut.org .

Odkręciłem wieczko i oczom mym ukazały się pięknościowe aromatyczne listki oloonga.

Wziąłem się do parzenia metodą gongfu ale za pomocą manualnego zaparzacza. Napar wyszedł w kolorze złota. Smakował miodem, figami, gliną, mokrym krzemienien. Z czarki rozchodził się wspaniale słodki kwiatowy aromat przełamany delikatną nutą tytoniu. Nawet taniny były gładziutkie. Absolutnie pyszna herbata.

Jedynym**** minusem jest niewiedza jaki to był oloong i że była to tylko jedna porcja , która wystarczyła na drobne***** 9 parzeń, którymi godnie uczciłem koniec zimy.

*a Sąsiad jest człowiekiem o wybitnie radosnym usposobieniu

** ale nie tym co go tropił Melchior Wańkowicz

*** gramów- mąki, chleba, pieprzu ale alkoholu to tylko i zawsze gram.

**** jedynym oprócz końca zimy

***** ale przepyszne