Cafe à la Turka. Rozdział czwarty.

Do palarni Ihsan Kurukahvecioğlu trafiłem niechcący peregrynując stambulską dzielnicę Eminönü i okolice Bazaru Egipskiego.

Do wejścia zachęciła mnie elegancka witryna i data powstania firmy. Wnętrze było jeszcze atrakcyjniejsze bo przepełnione kawą I rozmaitym osprzętem.

Porwałem li jedynie jedną stu gramową paczuszkę , której napoczęcie jest zwieńczeniem miesiąca wpisów o kawie po turecku.

Kofeinowy proszek z odrobiną cukru trafił do dżezwy marki Soy* , w której został podniesiony na raz**.

A następnie do filiżanusi w akompaniamencie doskonałego rachatłukum o smaku nomen omen kawy po turecku.

Cóż by można rzec – czysta pyszność i radość i odrobina orientu nad Wisłą.

* mam i chwalę się .

** tradycje niby mówią , że na dwa albo na trzy się powinno ale nadekstrakcja może wywołać nadmierną goryczkę, która by przykryła inne smaki. A tego byście Drodzy Czytelnicy nie chcieli.

PS opakowanie od słodkości:

Foto&tekst : http://www.panodespressorysuje.art

Cafe à la Turka. Rozdział trzeci.

Przywiózł mi się ze Stambułu z Bazaru Egipskiego ręcznie kuty i srebrzony w środku tygielek firmy Soy Türkiye*. Trzy razy podchodziłem do stoiska , oglądałem, zachwycałem się i próbowałem targować choć miałem świadomość, że cena proponowana była ponad dwukrotnie niższa niż w Polsce. Symbolicznie zostało mi urwane 50 tureckich lir , tak dla podtrzymania handlowej tradycji**. I majstersztyk sztuki tworzenia ibrików zawitał nad Wisłę.

Kolekcja dżezw rozrosła się po przebuszowaniu piwnicy u rodziców o jednoosobową jakże wiosenną perełkę

oraz o cezve jakiego kupić by się nie udało choćby człek przemierzył Turcję wzdłuż i wszerz .

Z tygielka , któremu ewidentnie patronuje Hern można napoić diablo smaczną kawą Przyjaciół a i jeszcze zostaną dwa , trzy łyczki dla własnej osoby.

Rozrastająca się kolekcja stwarza dylemat z cyklu – „Gdzie to wszystko trzymać???” . Ale jak mawiał Mały Rycerz – „Nic to” .

* tytuł Mistrza Świata Cezve/Ibrik używając raqwe te marki zdobył min. Turgay Yildizli

** koszmarna inflacja w Turcji sprawiła , że czasy kiedy można było kupić towary za „pół” ceny odeszły nad Bosforem do lamusa

Zdjęcia&tekst http://www.panodespressorysuje.art

Cafe à la Turka. Rozdział drugi.

B&M Coffee – uliczną kawiarnię , sklep z kawowymi akcesoriami i palarnię kawy w jednym mijałem w Stambule regularnie.

Zawsze przyciągała moją uwagę bo i kawa pachniała i ibriki się mieniły i ziarna się też mieniły i kusił sahlep*.

Raz popatrzyłem jak się parzy kawę :

raz po nocy zapiłem doskonałą uliczną przekąskę aż wreszcie udałem się na zakupy

w postaci paczuszki świeżutko wypalonej i drobniutko zmielonej specjalności zakładu.

W proporcjach 7g/60g kawa trafiła do kupionego** na obrzeżach Bazaru Egipskiego tygielka

i trochę*** jak na powyższych filmikach**** została podniesiona z odrobiną cukru na trzy.

I po każdej razie po trochu wlewana do filiżanki. Czyli jak by nie licząc też na trzy.

Wspaniała – uwierzcie na słowo.

* przez cały pobyt nie udało mi się spróbować tego przysmaku. Trzeba będzie wrócić.

** po nieumiejętnym targowaniu jakieś 16 złych. Bardzo funkcjonalne i estetyczne zarazem połączenie stali i miedzi.

*** trochę, bo na gazie a nie w piasku i trochę, bo bez tej zachwycającej zręczności Mistrza Rytuału

**** specjalnie dla Was Drodzy Czytelnicy założyłem konto na YT byście mogli tę kawową magię na własne oczy zobaczyć

Cafe à la Turka

Kawa przybyła do Konstantynopola prawdopodobnie około 1554 przywieziona przez dwóch syryjskich kupców z Damaszku i Aleppo , którzy otworzyli pierwszą nad Bosforem kawiarnię.

XVI wieczna turecka kawiarnia. Miniatura z internetów.

W 2013 turecka metodą parzenia, która rozpowszechniła się min. na Bałkanach , Bliskim Wschodzie, Kaukazie i Wschodniej Europie * została wpisana na Listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

Aby przygotować kawę po turecku potrzebujemy:

A : tygielek (cezve, ibrik, raqwa, jezva, briki)

B. kawę

najlepiej świeżo paloną

i zmieloną na miał vel mąkę:

C: wodę (byle nie słoną)

D: źródło ciepła np. widniejący na pierwszym zdjęciu gorący piasek.

E: ewentualnie odrobinę czegoś słodkiego ** :

Umiejętnie połączywszy te składniki otrzymamy filiżankę aromatycznego naparu.

Jest jeszcze jeden niezbędny element by ten sposób picia kawy mógł być uznany za tradycyjny – czas. Nie wolno się spieszyć. Kahve jest po to by dobrze spędzić czas na rozmowie, grze w trik traka, obserwowaniu świata. Kahve zatrzymuje czas.

* w Polsce to raczej ciekawostka

**oprócz cukru oczywiście

PS szkół parzenia jest kilka. Możecie sobie Drodzy Czytelnicy popatrzyć w internetach.

PS 2 poniżej kilka kawowych widoczków ze stambulskich ulic

http://www.panodespressorysuje.art

Zdjęcia i tekst : http://www.panodespressorysuje.art

Migawki ze Stambułu

Zbliżała się 23cia i coraz powolniejszymi kroki zmierzałem do hoteliku gdy wzrok mój padł na szyld Cafe Society.

Po jakiż napitek można było sięgnąć o tak zacnej porze jeśli nie po espressko.

Drobne problemy językowe nie pozwoliły mi uzyskać informacji z jakich to ziarenek kawa ale czy to w końcu takie ważne? Było i słodkie i gorzkie i lekko owocowe. W sam raz na pierwszą stambulską noc.

Dzień drugi miasta nad Bosforem przyniósł kolejne radości. Po wielości kafelków :

przyszedł czas na zniewalające tureckie słodkości i prawilną , pyszniusią kawę w cukierni Osmanlizandeler działającej od 1876…

Zaokrętowawszy się na wodną komunikację by pobujać się po Bosforze ku zachwytowi okazało się, że na pokładzie serwowana jest herbata. Plusminus po 1,20 Złego.

Łajba pruła toń zatoki a herbata smakowała jak nie wiem co.

Wysiadłszy w tak zwane ciemno dreptaniem wzdłuż brzegu , gdzieś pomiędzy mostami

w okolicach twierdzy Podrzynanych Gardeł objawiła się jedna z kawiarni spod szyldu Espresso Lab (w Rumeli Hisarı) .

Był na wynos aromatyczny brzoskwiniowo-malinowy przelewik a na miejscu intensywne , owocowo-słodkie , świetnie ułożone espressko z blendu Honduras (albo Gwatemala) , Etiopia i coś jeszcze.

Srebrny tenteges na zdjęciu to popielniczka jak by ktoś pytał.

W dniu trzecim zrezygnowałem z kafelków na rzecz kolorowego proszku.

Po zetknięciu się z feerią barw potrzebowałem ukoić oczy zasmożonym Bosforem. Kawa po turecku przytrafiła się w Mado – cukierni o XIX wiecznym rodowodzie.

Było mocno klasycznie. Lekko żużelkowo, intensywnie i muliście.

Turcja to kraj cudownie, wspaniale, intensywnie herbaciany. Na każdym niemal rogu można przygarnąć szklaneczkę çaju w co najmniej atrakcyjnej cenie (1,2 -3złe). Nie mając dość widoku wody kilka kolejek tego najwspanialszego z płynów w siebie ze smakiem wlałem.

Trochę na deser a trochę by się wzmocnić przed wieczornym szturmem na wieżę Galata w kafejonie wyspecjalizowanym w etiopskich ziarenkach

zaaplikowałem espressko.

Materiał na dobrego szota został nieco zaprzepaszony złym ustawieniem ekspresu. Ale i tak kawusia pomogła wdrapać się na najslynniejszą ze stambulskich wież , pomogła też winda wwożąca prawie na sam szczyt, skąd roztoczył się „zabójczy widok” –

– choć akurat trzy inne Bondy tutaj kręcone były.

Raptem półtoragodzinny spacerek pod czujnym okiem Stormtroopera

zaniósł mnie dnia kolejnego do Norm Cafe w dzielnicy Cihangir.

Przyjemnie się i sympatycznie rozmawiało . No i było espressko na Brazylii Pedra Azul w obróbce semi natural.

Słodkie , orzeszkowe, trochę owocowe. Dobrze trafić w taki kafejon.

Kilkaset metrów w dół wzgórza , potem na lewo obok pana sprzedającego małże i za dziesiąt metrów w prawo utrafiła się kolejna kofeinowa miejscówka – Kronotop. Ponoć byli w pierwszym szeregu kawowej „rewolucji” w Stambule.

Była pychota eklerka , mocno dobry szybki przelew – coś jakby z posmakiem tamaryndowca

i zjawiskowa klasyczna kawa po turecku. Nie próbuje opisać smaku ale ogień!

Próby krótkiej rozmowy z baristami spełzły na niczym bo albo był to ewentualny problem z ich angielskim albo po prostu system : przyszedłeś , zamówiłeś , pij i nie zawracaj głowy. Dość przyznam antypatycznie przy wysokiej klasie oferowanych rzeczy.

Godziny mijały na tym i owym , między innymi na spacerku wzdłuż brzegu Morza Marmara

aż nadszedł późny a z nim kolejna pierwszofalowa kawa w restauracji The Must A.D. 1923 .

Pięknie zaserwowana :

, czarna , gęsta , gorąca i słodka jak stambulska noc. Klasyka okraszona rachatłukum. Można było zasłużenie iść spać.

Kiedy świt przegnał już mroki nocy

naszła mnie ochota na wycieczkę na azjatycką stronę Miasta. Po późnośniadaniowej zupie na owczych głów przyszedł czas na kolejną kawę po miejscowemu.

Jako małe co nieco lukumi w czekoladzie (pycha) i zielony lentilek-m&m’s. Kierując kroki w górę najbliższego wzgórza wyrastającego powyżej śpiącego kota

nastąpiłem na Soulmate Café :

Żar lał się z nieba więc naszła mnie niebagatelna chętnka na dripa na lodzie. Zamiast zamówić coldbrew z karty wybrałem iced filter coffee ,

które okazało się kubkiem lodu wzbogaconym kawą americano. Było niełatwo.

Gorąc wygrał ze zwiedzaniem. Wygrało z nim również pragnienie. W zaciszu cudownego lokalu z super sympatyczną obsługą -Taş Bahçe zaordynowałem gorąca herbatę(mój Pradziadek jakże słusznie twierdził , że nic na upał i pragnienienie nie ma lepszego) i nieodzowną porcję sütlaçu.

Powrót do Europy drogą morską do Europy

ucelebrowałem kolejnymi kawami i herbatami ale kończę ten dzień co byście nie posnęli Drodzy Czytelnicy.

Poranek był nierówną walką w obronie śniadania z żóltonogą mewą złodziejką

i żebraczym kociskiem

Dobrze, że stambulska fauna nie miała melodii na herbatę bo i tę byśm stracił i wlepianie ślepiów w Marmaryjskie Morze nie było tak przyjemne.

Błąkając się po dzielnicy Sultanahmet trafiłem do najuoroczniejszej kawiarenki jaką sobie można wyobrazić

Słodko , uroczo , pysznie. Czas się zatrzymał przy filiżaneczce aromatycznego naparu w Maya’s Corner Cafe.

Ku wieczorowi trafiło się jeszcze smakowite, pite z gwinta coldbrew

w :

I tak z grubsza to by było na tyle. Udało mi się ledwie musnąć Miasta kawy , co nieco popróbować, nasłuchać muzeinów , napatrzyć na minarety czy to byłych kościołów :

czy minarety oryginalnie meczetowe :

Udało się nasycić źrenice toniąw różnych odcieniach

i nie rozdeptać żadnego z tryliardów plączących się pod nogami kocisk

oraz psisk.

Udało się też odnaleźć opisywany przez Orhana Pamuka stambulski smutek-hüzün. Ale to nie temat na bloga. No i udało się nie paść od nadmiaru kofeiny.

Howgh!

Tekst i zdjęcia :

http://www.panodespressorysuje.art

Ibrık

Niedziela to doskonały dzień na kawę z tygielka. Zwłaszcza że niedawno przybyła do mnie wprost ze starodawnego Egiptu paczuszka kofeiny z kardamonem. Nie patyczkując się więc zbytnio* zagotowałem na trzy magiczny pył** z odrobiną cukru.

Al Yemeni Coffee A.D. 1940 była tak pyszna jak oczekiwałem. Intensywna, gęsta, aromatyczna. Pycha.

Po wypiciu wysłałem*** zdjęcie pustej filiżanki do najsłynniejszej w okolicy wróżki.

http://www.panodespressorysuje.art

I oto co z niego wyczytała:

„Czeka Cię podróż do miasta nad wodą” . Oby się nie myliła bo chętnie bym gdzieś podreptał.

* tylko odrobinę

** tak drobniusieńko ziarenka były zmielone

*** usługi „onlajn” dotknęły również branżę wieszczo-wróżebną

Tekst, rysunek , zdjęcia : http://www.panodespressorysuje.art

W piątkowy poranek/Friday morning

Każdy dietetyk przyzna , że niewiele więcej dobra można dostarczyć o poranku organizmowi niż słodką kawusię z kardamonem parzoną w tygielku w akompaniamencie domowej tarty cytrynowej.

Tekst&foto/text&photo: http://www.panodespressorysuje.art

Sorry my English or résumé:

Every dietitian will admit that the best for the body in the morning are sweet cardamom coffee brewed in a cezve to the accompaniment of homemade lemon tart.

Warszawski Festiwal Kawy/Warsaw Coffee Festival

Dziś i jutro w Pałacu Kultury i Nauki ma miejsce Festiwal Kawy.

Podchodząc do schodów przez moment zastanawiałem się nad zmianą planów i skierowaniu kroków ku Wystawie Pająków. Ale skoro w kieszeni tkwił już bilet wstępu za 15 peelenów na kofeinizację postanowiłem trzymać się pierwotnego planu.

Najpierw przódy wdepnąłem na stoisko Story Coffee Roasters gdzie królowali od rana Lady Dżoana i Sir Jacek.

Lady Dżoana & Sir Jacek

Spróbowałem mocno bardzo jasnej kawy że sporą ilością atrakcyjnych bąbelków. Dałbym sobie głowę uciąć, że było to coś na kształt nitro.

Kolejne kroki skierowałem do Auduna Sørbottena.

Sir Audun Sørbotten

Wspaniały Honduras z czajnika oraz znakomita!!! myta Kolumbia Castillo, Finca El Paraiso.

No i sam Signor Audun , czysta radość spotkać i porozmawiać.

Oraz refraktometr z kropelką.

Ruszając w dalszą drogę wzrok zawiesił się mi na Palarni Quba Caffee.

Quba Caffee Crew

Super ekipa i dwie kawki Indonezja i cudownie owocowa wiosenno-letnia, słodziutka myta Kenia Nakuru.

Extra było poznać i spróbować.

Przyszła wreszcie poera na espressko , którego popróbowałem u kolejnej świetnej ekipy – z bratysławskiej Pakarni Goriffee.

Espresso

Z nadmiaru wrażeń zapomniałem co to było ale duża owcowa kwasowość przełamana krówkami. Klasa.

Goriffee Crew

Panowie ze Słowacji poczęstowali mnie jeszcze dwoma specjałami. Anaerobicznym Burundi* – czerwone owoce w mlecznej czekoladzie i Kenią , która była emanacją rabarbaru. Petarda!

Kiedy po przejściu bliżej nieokreślonego dystansu przystanąłem w rosterce gdzie by tu i co zaanektował mnie Krzysiek z Autumn Coffee Roasters/SCA Polska. Spróbowałem owocowego Pitch Mitcha

inkognito Pan Krzysztof

oraz w pressku Ginger Klausa

Espresso

zaparzonego przez Vojtěcha Růžičkę – mistrza w kategorii.

Master Vojtěch Růžička

Była gęstwa, były owoce, była czekolada. Super.

Do Cophi wpadłem tylko powiedzieć heloł oraz Boker Tov i Szabat Szalom.

Paulina&Tamil The Team

Doznając palpitacji serca i drżenia rąk wychyliłem kilkanaście mililitrów El Paraiso w Heresy.

Aby się wypełniły dni** poflanowałem do znanej mi , czeskiej Palarni Father’s Coffee.

Aby pogawędki z jakże sympatycznymi Ostrawianami nie przebiegały na sucho poprosiłem spróbować*** naturalne Peru Miribel Herera.

Pyszne i soczyste! ****

Po drugiej stronie sali czychała Czarna Fala i dwie dwie tajemnicze mieszanki oraz możliwość zagłosowania ziarenkiem na jedną z nich.

Wygrana na trafić do oferty. Obie bym pił. Więc wybór trochę jak „osiolkowi w żłoby dano”*****

Co było dalej zapytacie Drodzy Czytelnicy? Otóż przygarnął mnie Paweł z Gorilli.

Espresso&Brush

Jak możecie domniemywać ze zdjęcia było espressko. I to nie byle jakie. Etiopia Kedir Bali Black Edition. Potężne body, piękna crema, znakomicie zbalansowane. Z mleczkiem .

I gdy już myślałem , że nie dam rady więcej spróbowałem Brazylii Pedro Bras w kontrolowanej fermentacji z grodziskomazowieckiej Palarni Single Origin.

Gładka i owocowa. Jak nie Brazylia a jaka Kolumbia czy coś. Dziękuję za zaproszenie! do odwiedzenia palarni. Na pewno skorzystam.

Nie wiem jak nazywa się Bóg Kawy ale postanowił mnie wystawić na jeszcze jedną próbę.

We biłgorajskiej Firmie Kawa od Synka poczęstowany zostałem cold brew.

Czekoladowo-pomarańczowe pralinki. Pycha.

A potem , tak było jeszcze jakieś potem , wielce przyjemna wizyta w brneńsim Mitte.

Naturalna Kolumbia – klasa. I jeszcze próbeczka do domu. Jakże miło. Díky!

Nie mogłem oczywiście****** nie odwiedzić Braci Ziółkowskich.

Brother N° 1 or N° 2.

Tu odsapnąłem od kawy i wypiłem cascarę.

Intensywnie owocowa i słodziutka. Dobroć.

Oszołomienie kofeiną odebrało mi resztki zdrowego rozsądku i jak alkoholik sięgnąłem ba jednym ze stoisk po Robustę z Bali.

Walory smakowe litościwie pominę ale strzał był jak bym trafił pod prawy podbródkowy Mistrza Feliksa Stamma.

Wszystkie obwody zaczęły wyświetlać komunikat „Zatrzymać Kawę”

w związku z czym zapoznałem się z próbą wejścia Lavazzy w nowe rejony

o czym napiszę za czas jakiś.

Zwieńczeniem Festiwalu była smakowita naturalna Rwanda z gliwickiego Harvesta.

Zawsze fajnie popróbować z nieznanego źródła.

* albo Rwanda

** za Maestro K.I.G.

*** błąd stylistyczny

**** nr 1 Festiwalu

***** nauczony przykładem spróbowałem obydwu by nie paść

****** nie mogłem też nie odwiedzić bielskiego Propera ale tłum się tamże kłębiący mi to uniemożliwił

O ile arytmetyka mnie nie zawodzi w niecałe 3 godziny spróbowałem 21 kawek z 15 palarni.

I to by było na tyle….

Tekst&foto/Text&photo: http://www.panodespressorysuje.art

Sorry my English or résumé:

Today and tomorrow, the Warsaw Coffee Festival takes place at the Palace of Culture and Science.  I couldn’t resist getting drunk on my coffee for € 3.25 / $ 3.65 so I went.  Of course, the main goal was to meet many fascinating people from the industry. 

1. In Story Coffee Roasters Beauty Dżoana & Handsome Jacek The Roaster gave me something very sparkling.  I didn’t ask what it was, but pride. 

2. Audun Sørbotten fills my cells with Honduras and Colombia El Paraiso.  Perfect as always. 

3. Cool Indonesia and excellent Kenya in Quba Coffee. 

4. In Goriffee from Bratislava, chocolate-fruity, anaerobic Rwanda and Kenya tasting concentrated rhubarb.  And citrus-caramel  Rwanda espreesso.  All great. 5 In Autumn Coffee Rosters a clean, fruity Pitch Mitch drip and Ginger Klaus espresso prepared by Master Vojtěch Růžiček.  Thick, creamy, chocolatey with stone fruits. Veeery good. 

6. There was only Hello&Boker Tov in Cophi.  And a short chat with Paulina, Tamil & Uri The Boss. 

7. In Heresy Honduras El Paraiso. 

8. For Father’s Coffee from Ostrava I chose the natural Peru Miribel Herera.  Juicy, deep, all fruits of South America.  My best coffee at the Festival. 

9. In the Czarna Fala Roastery two mysterious blends. The one who received the most votes in the voting with the aid of seeds is to be sold.  I liked both of them. 

10. At Gorilla Coffee third and the last espresso.  Powerful body, dense, balanced Ethiopia Kedir Bali.  Tornado with milk. 

11. In Single Orgin Roastery, enjoyable Brazil from controlled fermentation. 

12. At Coffee & Sons, something not hot for a change. Cold brew with the captivating flavor of chocolate-orange pralines. 

13. Natural Colombia in Mitte Coffee from Brno. How to bite into a juicy mango!  And home coffee samples. Díku! 

14. At Brothers Ziółkowski Roastery in order not to drink another coffee, I asked for a cascara.  Sweet, tangerine. Probably for the first time in my life I liked cascara. 

15. At Lavazza their new brand. I will white about in few days.

16. At one of the stands I was tempted by Robusta from Bali.  I will forgive the taste, but the caffeine portion was knocking out – like Muhammad Ali’s right hook. 

17. I took the last portion at Harvest Roastery. Natural Rwanda was smooth, aromatic, very pleasant in a word. 

At each of the stands, good / very good conversations and, as usual, nice meetings with coffee lovers in the festival corridors. 

Since my heart and stomach endured all these coffees, the party was very successful.

Ahwa Mazbut

Taka radość. Przyleciała mi w szarość i dżdżystość warszawskiej zimy kawa wprost z antycznego Kairu. I to nie byle jaka bo z kardamonem ze starodawnej* palarni Wardet El Yemen Coffee. Trafiła do powyższego tygielka z odrobiną cukru co by była mazbut** i zaparzyła na tradycyjne trzy podniesienia.

A następnie powędrowała do filiżanek w towarzystwie nieco napoczętych*** egipskich słodkości. I tym sposobem wieczorową porą nastąpiła chwila rozkosznej dekadencji. HOWGH!

* wiek tej kawowej firmy to 100 minus 3 lata

** a nie zijada albo mada

*** nie doczekały w całości zaparzenia kawy. Imperatyw nadgryzienia był zbyt silny.

PS. można by zapytać czemu jeden Bóg jest większy niż drugi. To chyba dzięki kawie.

My GOD is bigger than yours.

PS 2. Choć z Bogami nigdy nic nie wiadomo.

Zdjęcia i rysunek/ photos&illustration http://www.panodespressorysuje.art

Straight from an ancient Cairo splendid coffee* with cardamom came to wet&gray winter Warsaw. I used ceramic cezve/kanaka to brew it with sugar to get sweet version called mazbut. It was decadent goodness especially with some Egyptian sweets.

* from Wardet El Yemen Coffee

PS It is interesting question why some Gods are bigger than others. Maybe thanks to coffee. Although with the Gods you never know.

Zima w tygielku

Za oknem, mimo wczorajszego* Międzynarodowego Dnia Śniegu, szaruga, słota i absolutny brak bieli. Na szczęście zostało mi w torebce 27 gramów Kolumbii ze stanu Huilla , odmiany Purple Catuarra w obróbce** Citric Washed, które zostały ubrane*** przez palarnię Story Coffee Roasters we wdzięczną nazwę Magic Winter.

Powyższe zdjęcie może sugerować, że po zmieleniu ziarenka zostały zaparzone**** w tygielku*****. I macie rację Drodzy Czytelnicy ulegając tej sugestii.

Kawusia sztos. Albo petarda. Albo bengalskie ognie. Liczi, imbir kandyzowany, czekulada . Nie mogłem odżałować, że to już finito ziarenek.

* albo przedwczorajszego

** także skomplikowanej jak T-06. Kawa w pierwszej fazie fermentuje (plus dokarmianie procesu cukrem) w zbiorniku z dodatkiem cytrusów (różne są szkoły od 72-190h) a potem następuje kontrolowana fermentacja samych ziaren przez 150h . Cukier w ziarnach powinien osiągnąć poziom 6° Brixa a Ph nie powinno spaść poniżej 4.

*** i wypalone

**** były parzone też w driperze i Aeropressie. Wychodziło intensywne liczi, trawa cytrynowa i mleczna czekolada.

***** zwanym dżezwa, della, raqwa, turka, ibrik, cezve

Zdjęcia/photos: http://www.panodespressorysuje.art

Sorry my English or résumé:

Winter in briki

Last 27grams of Colombia Purple Catuarra, Citric Washed process from Story Coffee Roasters I prepaired in ibrik. Necessarily with a little bit of white sugar. Coffee was full of lychee, candied ginger and milk chocolote. „Good…Good…” as one famous Imperator has said. So sad that it was a finish of package.