Proces Kawki

Kawiarnio-palarnia* otworzyła się na Pradze w okolicy pomnika Kapeli Praskiej przed dwoma laty.

Po otwarciu raz odwiedziłem, wypiłem espresso i jakoś bliżej mi było do Hałasu. Słoneczna pogoda i olbrzymi zielony teren przynalezący do kafejonu skusiły mnie by wygrzać się w ostatnich jesiennych promieniach przy szklaneczce Kongo Kivu** z szybkiego przelewu.

Było kwaskowato, ciemnoczekoladowo. Trochę zbyt cierpkie jakby się podczas palenia uwolniło za mało cukrów. Ale szklaneczkę z przyjemnością wychyliłem. Fajnie, że są po za klasycznym trzecio/nowofalowym obiegiem takie miejsca.

* palarnia pod szyldem Ziarno do Ziarna

** trochę brakuje gdy się przyjrzeć ofercie informacji np. o rodzaju obróbki albo odmianie.

Ojciec Edmunda miał wzniosłe cele, Na dobroczynny cel dawał wiele. I nieraz mawiał: „Mój przyjacielu, człowiek powinien dążyć do celu”. I posłuchali ojca synowie – Każdy ma cele, lecz w Mokotowie.

W piosence autorstwa duetu Aleksander Jellin & Władysław Dan chodziło o więzień na Rakowieckiej . Zakład już nie przyjmuje pensjonariuszy ale przy ulicy Rakowieckiej* otworzyła się kawiarnia o szumnej** nazwie Sztuka Kawy.

W jasnym i przestronnym przytulnym acz nieco niedoklimatyzowanym miejscu z przestrzenią do pozostawiania testymoniów

i prawdziwą białoruską flagą zamówiłem pojedynczego szota.

Paczuszki w kawiarni sugerują, że upłynnione zostały ziarna z palarni Manufaktura Kawy. Espresso niestety a la Italiana. Z nieco popiołowym finiszem i trochę wodnistym body. Kiedyś jeszcze zajrzę bo kawiarnia młoda – z końca lipca bieżącego Anno Domini – i przekreślać nie będę.

* acz pod innym numerem

** im bardziej ktoś próbuje się zareklamować, że ma coś najlepszego na dzielni, w mieście , że ma coś artystycznego, wyjątkowego to mam podejście jak do głaskania jeża pod igły. I przeważnie kończy się spotkanie z najproduktem bolesnym pokłuciem.

Buki jak kolumny wykute ze srebra w słońcu

A poniżej linii buków jest Cisna*** a obok niej Dołżyca. A w Dołżycy Hipisówka a w Hipisówce przelewy.

Tak miał zacząć się wpis o dwóch lokalach z nowofalowymi kawami w Bieszczadach. Miał lecz nie wziąłem czynnika pozasezonowości. Polanka zamknięta była na głucho a Hipisówka otwierała swe podwoje w czasie mi niedostępnym. Cóż….może kiedyś nadarzy się okazja.

By się pocieszyć nabyłem w Cisnej ceramiczną dżezwę z pracowni Krywulka*.

Z niemałą obawą czy w kontakcie z płomieniem tygielek nie pęknie** zaparzyłem kawę. Szyjka nieco utrudnia przygotowanie na trzy i mocno łatwo wykipieć ale piękno naczynka wynagradza wszelkie niedogodności.

* krywula to rodzaj bojkowskich, łemkowskich oraz karpackich kobiecych ozdób naszyjnych ze szklanych koralików

** przetrwał choć niepokojaco pykał

*** tu właśnie dotarłem lub nie dotarłem a o czym obiecałem napisać w zaprzeszłym wpisie

Of all the wives as e’er you know, Yeoho! lads! ho! There’s none like Nancy Lee, I trow, Yeoho!

Po pięciu**** latach śródmiejski lokal kawowo-wegański Nancy Lee przeniósł się na lepszą stronę Wisły*.

W przestronnym , jasnym , nieprzeładowanym wnętrzu (ceglana ściana zawsze robi robotę)

zamówiłem espresso . Nie zdziwiło mnie zbytnio, że w młynku był Honduras. Jednak nastąpił zwrot ku palarni Coffee Lab z Javy.

Gęste body , piękna crema. Dużo tropikalnych owoców i czekolady. Weszła ze smakiem. Kolejnego dnia dwa coffeelabowskie przelewy były zagrane Meksyk i omatuchnozapomniałemcopiłem. Obydwa gites. No i dobra pogawędka z dawno niewidzianym Panem Strzykawą.

* wyrosło na Grochowie i Kamionki prawdziwe nowofalowe zagłębie kawowe w liczbie pięciu kafejonów w promieniu półtora rzutu kaszkietem

Ps. W tytule wpisu fragment australijskiej pieśni z 1917roku „Nancy Lee”** duetu Stephen Adams & Fred Weatherly

** nie wiem czy z tego utworu Paweł zaczerpnął inspirację do nazwy kawiarni , choć pewnie najraczej*** od duetu Nancy Sinatra & Fred Hazlewood

*** choć nie wykluczone, że od tytułu piosenki zespołu Vintage Trouble

**** takie mam dwa wspomnienia z popijania espresso w ogródku Nancy Lee – wędrujący Swoim szlakiem Mistrz Konwicki oraz dnia innego mgnienie muchy***** znakomitego performera Cezarego Bodzianowskiego.

***** takiej pod szyją

Do utraty tchu

To było tak. Jak błyskawica wpadłem do Rzeszowa na kawę po drodze****. Wiedziałem o istnieniu Kawy Rzeszowskiej i tam skierowałem pierwsze kroki

Lokal przyjemny acz nieco przykurzony*. Na stole wylądowały flatwhite, pojedyncze espresso i przelew dnia.

Płaskiej bieli nie spróbowałem ale podobno „spoko na jakiejś takiej bardzo owocowej kawie” , espresso wielce przyjemne natomiast szybki przelew na Kostaryce z Tu Cafe niestety rozwodniony**. Szkoda.

Wychodząc z podwórza właściwie nie sposób ominąć Coffeinę.

Przyjazny oku wystrój a w espressie Gwatemala od Roastainsów.

Bardziej niż zacna z piękną cremą i solidnym body.

Szybkie zerknięcie w internety uświadomiła mi , że rzut beretem*** od powyższych odnajdę kawiarnię Dziarski Barista.

Na barze – przepięknym , z zielonych ceramicznych płytek, króluje cudowna Elektra. Aż by się chciało siorbnąć małą czarną. Czas jednak gonił i zamówiłem przelew na wynos. Radość, że trafiły się ziarenka – Gwatemala, z niepitej dotąd kopenhaskiej palarni Andersen&Maillard Coffee.

Podróż upłynęła w otoczeniu orzechów i owoców tropikalnych. Delicje.

Dziarski Barista z jego ceramicznym barem oraz roślinno-drewnianym anturażem i git ekipą sprawia, że nie chce się wychodzić to po primo a po secundo chce się szybko odwiedzić ponownie.

Palarnia numer 38/2020.

* może to wina szarej polskiej jesieni i tego, że mój wzrok padł na miejsca gdzie widocznie nie pada wzrok sympatycznej ekipy.

** zaczyna to być zmorą tzw. szybkich przelewów. Z jednej strony ułatwiają pracę baristów, z drugiej trzeba się jednak przyłożyć, żeby kawa nie przypominała lury.

*** jakieś 185 łokci galicyjskich

PS. w tytule wpisu przywołałem wspaniały film Jean-Luc Godarda na podstawie historii Françoisa Truffauta , bo podobnie jak w Szczecinie tempo rejsu po miejscowych kafejonach przyprawiło mnie o zadyszkę.

**** a dokąd dotarłem (lub nie) przeczytacie w kolejnym wpisie